|
Jest nas troje - Ania, Łukasz i Jarek. Właśnie skończyliśmy studia medyczne i chcemy pojechać na Haiti, żeby przez 2 - 3 miesiące pracować w jednym ze szpitali. Wspierają nas Nina Hałabuz i Diana Krawiec z Fundacji Polska-Haiti. Na blogu będziemy relacjonować nasze przygotowania, wyprawę i pracę. Żeby uzyskać więcej informacji na temat projektu prosimy o kontakt z Niną Hałabuz, n.halabuz@polska-haiti.org
Wpisy z tagiem: Polacy
poniedziałek, 06 grudnia 2010
- Szanowni Państwo, przez przypadek trafiłem na bloga trójki lekarzy, którzy pracują w Deschapelles. Wróciły obrazy sprzed lat - w 1988 r. przez pół roku pracowałem tam jako szef anestezjologii - wspomina dr nauk med., Pan Marek Wroński. Kiedy Pan Marek był w HAS, kierowali nim wciąż jego założyciele - Larry i Gwen Mellonowie, dwoje Amerykanów, którzy porzucili wygodne i dostatnie życie po to, żeby poprowadzić szpial na Haiti. Nazwali go im. Alberta Schweitzera, wybitnego humanisty, pianisty, filozofa i teologa, który w wieku ponad 30 lat zaczął studiować medycynę, po czym założył szpital w Gabonie. Jego dewiza stała się też myślą przyświecającą działalności Mellonów i całego HAS: Nie zmienisz świata, ale możesz dać człowiekowi nadzieję. W 1988 r. dr Mellon był już dość schorowany. - Rzadko opuszczał swój dom, ale psychicznie wciąż był w pełni sprawny. Zapraszali mnie do swojego domu i pamiętam, jak Larry wypytywał mnie o różne sprawy dotyczące Polski, a ja pytałem o jego życie - wspomina dr Wroński.
Gwen i Larry Mellon w ich domu w Deschapelles, foto. Erica Andreson, hashaiti.org Gwen Mellon była dyrektorem szpitala. - Była damą pełną dystynkcji, której sama obecność wzbudzała w innych szacunek. Do pacjentów i ich rodzin odnosiła się z ogromną powagą i respektem, niezależnie od ich sytuacji materialnej. Rozmawiała z pacjentami, z ich rodzinami, bawiła się z dziećmi - dowiadujemy się od dr Wrońskiego. Wspomina, jak na przełomie 1987 i 88 r. w czasie zamieszek związanych z obaleniem rządu młodego Duvalliera tłum chciał obrabować szpital. Gwen wyszła do tych ludzi i zaczęła z imienia i nazwiska wywoływać bandyckich przywódców. - Pobyt na Haiti i praca w szpitalu była dla mnie prawdziwą lekcją życia i konfrontacją z nieprawdopodobną nędzą i głodem - warunkami, z jakimi w opiekuńczym polskim socjalizmie nigdy się nie spotkałem. Poznałem też klasę medycyny amerykańskiej, bo do HAS przyjeżdżało wiele zespołów chirurgicznych z najlepszych amerykańskich klinik. Zespół szpitalny był międzynarodowy, pielęgniarki przyjeżdżały z Belgii, Holandii, Szwajcarii i USA, lekarze - z Włoch, Meksyku, Szwajcarii, Holandii, z Polski. Wkrótce po moim wyjeździe do HAS przyjechał dr Jankiewicz, chirurg z Bydgoszczy, który do dziś pracuje na misjach w Afryce. Panie Doktorze, gorąco dziękujemy, że zechciał Pan podzielić się z nami swoimi wspomnieniami! Dzięki temu HAS staje się nam jeszcze bliższe!
wtorek, 09 listopada 2010
„Co kilometr drogę przecina strumyk nanoszący kamienie i błoto. By go pokonać trzeba nabrać trochę rozpędu, podskakując na dziurach pozostawionych przez nieliczne ciężarówki wiozące wieśniaków do Cabaret. Komu nie uda się dostać na ciężarówkę, idzie piechotą albo jedzie na ośle, spod kapelusza rzucając okiem na kozy – jedyne źródło dochodu ludzi z gór – które winny dotrzeć na targ bez szwanku. (…) Góry przybrały już wygląd księżycowy, gdy niemal dwa wieki temu przybyli tu Polacy, porastały je lasy równie gęste, jak te które znali ze swej ojczyzny, i być może właśnie z tego powodu ci byli żołnierze napoleońscy wybrali to miejsce, dezerterując z francuskiego wojska. (…)“*
200 years away from home, zdjęcia z Casale by Światosław Wojtkowiak
Jest to fragment niesamowicie wciągającej książki włoskiego pisarza, reportera, podróżnika, który w połowie lat 90. postanowił na nowo odkryć pochodzenie „białych“ twarzy tubylców w „czarnych“ zakątkach świata. Pisze w niej o Casale - „zapomnianej małej Polsce“, miejscu które będzie jednym z głównych punktów naszej wyprawy. Chcemy tam pojechać by odwiedzić miejscowe szkoły i zbadać dzieci zamieszkujące wioskę. Dzięki temu poznamy stan ich zdrowia, ich sytuacje rodzinną, oszacujemy zapotrzebowanie mieszkańców na leki.…chcemy tam również pojechać by na własnej skórze przekonać się (odkryć), czy w tym miejscu naprawdę żyją les Polonais. Kolejnych wskazówek dostarcza nam książka… (…) W Cazale nie ma elektryczności, nie ma telefonu, nie ma bieżącej wody, nie ma przychodni, nie ma samochodów, a teraz i kościół zniknął. Nie ma sklepików, nie ma rynku. Również cmentarz wraz ze wszystkimi polskimi nazwiskami zdaje się na wpół opuszczony, a zmarłych grzebie się w pobliżu własnych domów, układając krzyż z dwóch kijów. (…) Uratowały się jedynie dwa niepozorne przedmioty, które ci wieśniacy o niebieskich oczach i europejskich kościach policzkowych uznają za dziedzictwo pozostawione im przez przodków: brzuchaty instrument muzyczny podobny do basu, który juz dawno stracił swoją politurę i na którym przy wielkich okazjach grają oni niczym na organach, oraz obraz przedstawiający Matkę Boską z Dzieciątkiem przypominający Czarną Madonnę z Częstwochowy“.(…)*
200 years away from home, Polacy z Casale by Światosław Wojtkowiak Wszystkie zamieszczone tu fragmenty pochodzą z książki Ricardo Orizio „Zapomniane białe plemiona. Podróż w poszukiwaniu zapomnianych mniejszości“, polskie wydanie z 2009 r, Wydawnictwo Czarne. |
Ostatnie wpisy
Zakładki:
Na blogu piszą
Sponsorzy
Sponsorzy indywidualni
Nasz wyjazd wspiera
Przyjaciele
Pokrewna tematyka
Dołącz do Nas na Facebook'u
Tagi
| |||||||||||||||||||||||||||||||||||||||||||||||||