Jest nas troje - Ania, Łukasz i Jarek. Właśnie skończyliśmy studia medyczne i chcemy pojechać na Haiti, żeby przez 2 - 3 miesiące pracować w jednym ze szpitali. Wspierają nas Nina Hałabuz i Diana Krawiec z Fundacji Polska-Haiti. Na blogu będziemy relacjonować nasze przygotowania, wyprawę i pracę. Żeby uzyskać więcej informacji na temat projektu prosimy o kontakt z Niną Hałabuz, n.halabuz@polska-haiti.org
Blog > Komentarze do wpisu

Fort rebeliantów i muchy w samochodzie.

Będąc młodą lekarką na rubieży…J nie tylko pracuję ale mam też nieliczne chwile wolne. Wykorzystujemy je zatem z Jawą jak tylko możemy i ostatnio odwiedziliśmy St. Marc i okolice. W skład okolic wchodzi  XVII wieczny (prawdopodobnie) fort na wzgórzu królującym nad St. Marc, jak również kawałek,  tzw. „plaży”. Fort wybudowali rebelianci, ci sami, którym chcąc nie chcąc, pomogli polscy legioniści . Muszę przyznać, że miejsce jest imponujące. Nie trudno  sobie wyobrazić, jak trzeba być zdeterminowanym, żeby wnieść wielkie kamole na takie wzgórze. Widok jest pierwszorzędny, widać całą zatokę i całe St. Marc. Jedno czego nie umiem sobie wyobrazić, to jak z tego miejsca można było strzelać do francuskich statków z armaty. Bo armaty tam były, czego dowód na zdjęciu.

Foto/Jawa

Przyznaję, że spędziliśmy miłą godzinę na kontemplacji widoków, zanim ruszyliśmy przyjrzeć się z bliska St. Marc.

Foto/Jawa

Naszym pierwszym przystankiem było nie co innego jak sklep. Sklep nie byle jaki, bo samoobsługowy J, i tak, jak mam już dość tutejszego jedzenia, tak stałam w tym sklepie i nie mogłam się na nic zdecydować … kupiłam wiec paczkę gum do żucia i kawałek żółtego sera. Sprawiło to, że w tamtej chwili byłam najszczęśliwszą osobą na świecie :-).

Foto/Jawa

Sklep był blisko morza więc nie mogłam przepuścić takiej okazji - jesteśmy w końcu na Karaibach. Zanim jednak zdążyłam wskoczyć w kostium kąpielowy, oczom mym ukazała się plaża. Co będę opisywała – zdjęcie mówi samo za siebie.

Foto/A.

Śmieci, góry śmieci, tony śmieci. Świnie i kozy zamiast plażowiczów, plastikowe butelki zamiast muszelek i stare samochody zamiast palm. To by było na tyle, jeśli chodzi o moje marzenie wykąpania się w oceanie. Nadmienię jeszcze tylko, że miasto nie ma kanalizacji więc wszystkie nieczystości, śmieci itd. szerokim strumieniem wpadają do oceanu.

Foto/A.

Trochę już podłamana, pomyślałam, że jedyne co może mnie uratować to pyszne soczyste owoce – jesteśmy przecież w tropikach. Ruszamy więc na targ. I jeśli myślałam, że targ w naszej miejscowości jest delikatnie mówiąc, mało apetyczny, to targ w St. Marc przeszedł moje najśmielsze oczekiwania.

Foto/A.

Dość powiedzieć, że gdy zatrzymaliśmy się przy pomarańczach, otworzyłam okno by zapytać o cenę i nim dotarł do mnie smród z pobliskiego kanału zaatakowało nas wściekłe stado much wypełniając wnętrze samochodu złowieszczym bzyczeniem. Uznałam więc, że owoce to jednak nie jest to, na co mam ochotę i czym prędzej ruszyliśmy w drogę powrotną. Wyjazd jednak uważam za bardzo udany. Szczególnie, że mogłam zrobić sobie zdjęcie przy samochodzie UN a nie często bywam w krajach, w których takowe można spotkać na każdym rogu.

A.

Foto/Jawa

wtorek, 21 grudnia 2010, polska-haiti

Polecane wpisy